
Wakacje, wakacje i po wakacjach a właściwie po długim urlopie wakacyjnym. Ale co tam, ważne, że było C U D O W N I E. W tym roku odwiedziliśmy wyspę Krk. Nie ukrywam, że nie miałam ochoty tam jechać po
wcześniejszym pobycie na innej chorwackiej wyspie, która była nieco "łysa", jeśli chodzi o szatę roślinną a ja uwielbiam dużo, dużo zieleni. Tym większy mój zachwyt, gdyż wyspa jest zieloniutka, cieplutka, ludzie mili,
uśmiechnięci (jak to na Południu), morze również cieplutkie i tak, jak zwykle czyste, przejrzyste,
lazurrowo kolorowe. W tym roku pierwszy raz wybraliśmy się sami - czyli ja z mężem i córcią. Troszkę obawiałam się podróży (18 godzin jazdy w jedną stronę) ale było super. Wszyscy razem dobrze się bawiliśmy w swoim towarzystwie i bardzo mnie to cieszy. Przypomniałam sobie wszystkie gry z dzieciństwa, poczynając od Eurobiznesu, przez wszelkie odmiany gier w karty i kości a na warcabach i bierkach kończąc. Życzyłabym sobie następnych równie udanych wakacji (i już wiem, że takie będą).
Poniżej kilka fotek z wyspy, głównie miejscowośc Malinska.
Pierwsza rzecz, która zadziwiła mnie (gdyż nie spotkałam tego w innym rejonie Chorwacji), to żywopłoty z ....liści laurowych. Wyglądają pięknie i są bardzo gęste a przy tym po złamaniu listka zapach jest wielokrotnie
intensywniejszy od tego jaki daje suche ziele - znane w Polsce, jako przyprawa do zupy.


Nie zabrakło też moich ukochanych drzew Południa - tui:


A ten widoczek jest mi
szczególnie bliski, gdyż tą drogą pod górę codziennie, mozolnie wspinaliśmy się do naszego domku. Krajobraz ten widziany o różnych porach dnia i nocy
nieprzerwanie mnie zachwycał i zachwyca nadal.

Marzy mi się, że odnalazłam tam też kawalątek Toskanii, tak bardzo chciałabym kiedyś zobaczyc ten zakątek Włoch.



Krk to również piękne, sielankowo spokojne widoki i przeróżne rośliny oraz nowe smaki, których odkrywanie sprawia mi niesamowitą radość.
Tu passiflora, która oplatała zmurszałe mury miasta
Dobrinj.

Szyszki na tym drzewie kojarzyły mi się z równo poukładanymi na gałązkach jajeczkami, jakiegoś małego ptaszka.




Figi i śliwki, których smak mam
wciąż w pamięci.


Oliwki, które towarzyszyły
każdemu spojrzeniu za kuchenne okno naszego wakacyjnego apartamentu.

Roślinka, którą nazwałam fasolką, i która porastała wiele altan tworząc zbawienny w tym upale cień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz