Co roku lepimy, a właściwie wyciskamy z Niką ciasteczka bożonarodzeniowe. Śpiewamy przy tym kolędy i piosenki związane ze świętami. Potem zasiądziemy przed kominkiem i choinką i będziemy upajały się tym cudownym widokiem podjadając pyszności. Kocham to.
czwartek, 24 grudnia 2009
Ciasteczka
środa, 23 grudnia 2009
Boże Narodzenie

wtorek, 22 grudnia 2009
Jestem
Jestem, ale jakby mnie nie było. Wokół dzieje się tak dużo, że nie mam czasu ani ochoty o tym pisać. Paradoksalnie nieszczęścia innych, które pośrednio i mnie dotykają, dają mi niesamowitą siłę. Dopiero patrząc na nieszczęście innej osoby mogę dostrzec ogrom szczęścia jaki los mi dał. Codziennie budzę się rano i dziękuję mojemu Aniołowi, że wybrał dla mnie w niebie właśnie tą a nie inną drogę życia. Dzięki stokrotne.
piątek, 23 października 2009
Niespodzianka
Życie potrafi jednak spłatać mi niespodziankę. Otóż 16 października siedziałam (a właściwie pracowałam) w biurze sama. Słuchałam radia i pracowałam, pracowałam, pracowałam - łapiąc co chwila strzępy opowiadań o Francji (którą uwielbiam). No więc słucham i pracuję, a tu konkurs na temat tegoż państwa. Pomyślała, że co tam, spróbuję, pytanko łatwe, znam odpowiedź, wyślę sms, a nóż widelec, coś mi skapnie. Sms wysłany i za trzy minuty telefon z radia. Przepytano mnie jaką podałam odpowiedź, pobrano dane osobowe i powiadomiono, iż maja zaszczyt przesłać mi nagrodę w postaci albumu. Ależ to niesamowite uczucie, usłyszeć o sobie w radio. Niby nic ale radość jest niesamowita a albumy uwielbiam, więc radość podwójna!!!!
sobota, 19 września 2009
W zakamarkach pamięci
Odwiedziła mnie (bloga) niezwykła osoba. Wiedziona ciekawością pomknęłam na bloga Basi. Zanim zaczęłam czytac, zaintrygowało mnie zdjęcie przedstawiające panią z cygarem. Niekonwencjonalne. Dla mnie niezwykłe. I coś zaczęło kiełkować w zakamarkach pamięci. Najpierw nieśmiało ale potem coraz wyraźniej. I już wiem. Kochana Basiu, wysunęłaś z mej pamięci zakurzoną szufladkę z czasów studiów. Piękny czas wykładów z prawa rzymskiego. Prowadził je pan o bardzo miłej aparycji i niezwykle ciepłym stosunku do studentów. Ja zawsze patrzyłam na niego, jak na mojego Sherlocka Holmesa, a to za sprawa pewnego gadżetu, który często mu towarzyszył. Zajęcia z nim były czystą przyjemnością (sala była zawsze wypełniona po brzegi) ale nie to najbardziej utkwiło mi w pamięci. Obudziłaś inne wspomnienie. Otóż pan ów czasami, choc obecny ciałem, nieobecny duchem przybywał na zajęcia. Wówczas pojawiał się z ... fajeczką w ustach i tak prowadził wykłady, pykając co jakiś czas w eter mały dymek. I do dziś nie wiem, co mnie tak w tym zajęciach urzekało. Czy to ten pan o miłej aparycji niewysokiego człowieka, ze szpakowatą czupryną i brodą? Czy to co tak ciekawie mówił? Czy może ta fajka i unoszący się w ciemnej sali dymek (jak z dzisiejszej reklamy kawy), który tak mile łechtał mój aparat powonienia. Sama nie palę i nie lubię zapachu papierosów ale tamten zapach to zupełnie coś innego, to była magia. Do dziś ludzie palący fajkę czy cygaro bardzo mnie ekscytują i przywołują tamten czas. A że nie ma wśród moich znajomych zwolenników cygar czy fajek, tym większą Basiu sprawiłaś mi frajdę swoim zdjęciem. Pozdrawiam serdecznie. 
Sherlock Holmes i doktor Watson na ilustracji Sidneya Pageta z 1892

Sherlock Holmes i doktor Watson na ilustracji Sidneya Pageta z 1892
piątek, 11 września 2009
Knedelki po raz pierwszy
Przepuszczone przez praskę (ugotowane dzień wcześniej) ziemniaki, podzielić na cztery równe części. Jedną wyjąc i zastąpic taka samą ilością mąki ziemniaczanej. Dodać jajko(a). Wszystko razem szybko połączyć (po dodaniu wcześniej wyjętej części czwartej). Uformować wałek, który następnie dzielimy na odcinki około 3 cm. Rozpłaszczamy i w środek wkładamy połówkę śliwki posypanej cukrem. Zaklejamy i po zrobieniu jednej porcji, wrzucamy na osolony wrzątek. Gotujemy chwilę od wypłynięcia (ja około 3 minut). Wykładamy na talerz, polewamy słodką śmietanką i zapraszamy ukochane osoby do pałaszowania. Smacznego
poniedziałek, 7 września 2009
Szafka skończona
środa, 2 września 2009
Wspomnienia Babci
Dawno temu moja babcia opowiedziała mi takie zdarzenie.
Jest rok 1943. Młoda kobieta i jej mąż już wiedzą, że domy przy ich ulicy są patrolowane przez Niemców. Wiedzą też, że już nic nie mogą zrobić, dowody zbrodni leżą na stole i nie zdążą ich ukryć. Za brak pokory i przestrzegania nakazów niemieckich grozi rozstrzelanie całej rodziny - a przecież coś jeść trzeba, gdy nadaża się okazja, trzeba sprawić świniaka. Pech. Tydzień temu za to samo "wykroczenie" już rozstrzelano jedną rodzinę. Drzwi otwierają się z łoskotem i wpada do pokoju zdyszany, niemiecki żołnierz. Jeden rzut oka w stronę stołu i wszystko wie, nie musi pytać, czy zgłosili ten fakt odpowiednim "władzom". Nagle w kąciku pokoju, w drewnianym łóżeczku zaczyna płakać kilkumiesięczna blondyneczka. Sparaliżowana strachem młoda kobieta nie wykonała żadnego ruchu, gdy Niemiec skierował wzrok a potem kroki w stronę dziecka. Wyjął je i ...... zaczął tulić do siebie coś nucąc pod nosem a kiedy podniósł wzrok, po jego policzkach płynęły duże łzy. Zaskoczonych domowników poinformował, że takie same dwie córeczki zostawił w domu i bardzo, bardzo za nimi tęskni a płacz tego maleństwa przypomniał, że bardzo chciałby przytulić swoje córeczki. A dziewczynka wyciągnęła do niego rączki i dotykała jego policzków, jakby wiedziała o co chodzi. Żołnierz położył ją do łóżeczka i kazał nikomu nie wychodzić z domu i nie odzywać się. On spróbuje zatrzymać kolegę na zewnątrz. Jeśli się nie uda - niestety wszyscy zostaną rozstrzelani. Wyszedł pośpiesznie a oni czekali. Czekali. Czekali. Nie wrócił, dotrzymał słowa. Pośrednio to dzięki Niemu jestem na tym świecie, bo to byli moi dziadkowie, a ta mała dziewczynka to moja mama.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Testy na zwierzętach
Pod wpływem książki "Kryształowy anioł" Grocholi (radiowe audycje Sary), zajrzałam na stronę o testach na zwierzętach i zamarła. Mój świat nie jest wcale taki cudowny. Ludzie są potworami. Nie dostaliśmy monopolu na życie w szczęściu na tej planecie, a tak się zachowujemy. Uzurpujemy sobie prawo do decydowaniu o cierpieniu bądź nie zwierząt. I w imię czego? - nowszego, lepszego kremu do twarzy, środka do mycia podług itp. Rozumiem, że są badania ratujące życie nas, Panów tej planety. Ale przecież gro tych badań (pseudo badań) nie służy temu, tylko uatrakcyjnieniu czy upiększeniu samego siebie. A co z naszą empatią? Przecież te zwierzątka cierpią fizycznie i psychicznie. Chce mi się płakać, płakać i płakać. Aż wstyd powiedzieć, że nie zdawałam sobie do końca z tego sprawy. Owszem, coś tam słyszałam, coś tam do mnie docierało, ale tylko coś tam. A przecież w dobie internetu nie trudno dowiedzieć się co to są testy na zwierzętach. I z taką samą łatwością, jak sięgnięcie po produkt testowany w ten sposób (zamiast za pomocą metody alternatywnej), powinno nam przyjść robienie czegoś dla ratowania tych zwierząt. Co robić? Cokolwiek, byleby nie być obojętnym. I pomyśleć, że moja córka marzy o pracy na rzecz poprawy niedoli zwierząt, a ja nic nie robię. Owszem nie noszę futra. Ale tylko tyle. Sprawdziłam, że są oznakowania kremów i innych produktów, które nie są testowane na zwierzętach. To znaczek małego króliczka. Od dziś będę szukała takich produktów. Może chociaż tak ulżę doli tych biednych, małych braci naszych. Wiem, że są też ludzie, którzy kochaja zwierzęta - bo tak łatwo je kochać. Niczego od nas nie chcą, ich miłość jest taka bezinteresowna. Oby było nas jak najwięcej.
Chlebek po raz pierwszy
sobota, 29 sierpnia 2009
Moje Szczęście
czwartek, 27 sierpnia 2009
"Kryształowy anioł"
środa, 26 sierpnia 2009
Ciasteczka z maszynki
Tak sobie pomyślałam, że pokażę Nice, jakie ciasteczka pamiętam z lat mojego dzieciństwa. Uwielbiałam całą zabawę związaną z ich przygotowaniem, kręceniem ciasta przez maszynkę do mięsa, pieczeniem i oczywiście kosztowaniem. Zabawa była przednia (szczególnie dla mnie) a pomagała mi Nika i jej koleżanka Klaudia. Postanowiłam te ciasteczka z dzieciństwa troszkę urozmaicić, więc zrobiłam cztery rodzaje. Tradycyjne maślane, makowe. orzechowe i z wiórkami kokosowymi (moje ulubione!)
wtorek, 25 sierpnia 2009
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Wojciech Cejrowski
Wybraliśmy się do Olsztyna, mimo niezbyt zachęcającej pogody. Kupiliśmy to i owo, zjedliśmy dobre ciastko i rewelacyjną kawę w Restauracji Filmowej i.... niespodzianka. Na starówce dłuuuuga kolejka. Oczywiście poszliśmy zobaczyć "za czym kolejka ta stoi" a ONA stała po książki Wojciecha Cejrowskiego - też stanęliśmy. Uwielbiam tego podróżnika. Każdy odcinek jego serialu jest rewelacyjny, taki niekonwencjonalny i tyle można się dowiedzieć ciekawych rzeczy. W rzeczywistości Pan Wojtek nie różni się niczym od "Wojtka z telewizora". Wysoki, opalony, w kolorowej (szytej na miarę)koszuli i z dużym dystansem do siebie i otaczającego świata, podbarwionym sporą dawką sarkazmu i asertywności. Cieszę się, że go spotkałam a zdjęcie zrobił Pan Mąż (więc je wykorzystuję) dla swojego chrześniaka Bartka, który dopiero co chwalił się nam, że w Gdańsku widział Wojtka Cejrowskiego, że kupił książkę i płytę i... że bardzo, bardzo lubi go i jego filmy (a Bartuś ma 6 lat). Więc my pędzimy z niespodzianką, że był i w Olsztynie i czekał na NIEGO. Teraz ja czekam, może przyjedzie do mojego miasta i kupię płytę - niestety w Olsztynie były tylko książki..jpg)

.jpg)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)